Komentarz redakcji. To tekst opinii. Fakty, na których się opieramy, podajemy z linkami do źródeł.
W środę 28 października kanclerz John Healey przedstawi w Izbie Gmin swój pierwszy budżet (UK Parliament). Znamy już tę atmosferę. Przez kilka tygodni w gazetach pojawiają się przecieki, a właściciel małej firmy budowlanej w Peterborough czy salonu kosmetycznego w Glasgow zastanawia się, czy zatrudnić jeszcze jedną osobę, czy lepiej poczekać. Uważamy, że w tym budżecie najważniejsza nie jest jedna stawka podatku. Najważniejsze jest to, czy firmy dostaną wreszcie spokój na kilka lat.
Zacznijmy od tego, co już kosztuje. Od kwietnia 2025 r. pracodawca płaci 15% składki National Insurance, a próg, od którego ją liczy, spadł do 5000 funtów rocznie na pracownika. Rząd podniósł wtedy Employment Allowance do 10 500 funtów (legislation.gov.uk). Dla firmy z trzema, czterema etatami ta ulga dużo zmieniła. Dla firmy z dziesięcioma osobami na płacy minimalnej rachunek i tak wyraźnie urósł. Widzimy to w rozmowach z naszymi czytelnikami: mniej nadgodzin, więcej umów „na zlecenie”, ostrożniejsze rekrutacje.
Drugi argument to stan finansów państwa. Według ONS we wrześniu rząd pożyczył 24,5 mld funtów, o 1,9 mld więcej, niż zakładało OBR. Dług netto po raz pierwszy przekroczył 3 biliony funtów, a same odsetki od długu w jednym miesiącu wyniosły 10,9 mld funtów (ONS, 21.10.2026). Kto prowadzi firmę, rozumie to od razu: przy takich liczbach kanclerz nie ma pieniędzy na prezenty. Właśnie dlatego tym bardziej liczy się przewidywalność. Jeśli nie da się obniżyć podatków, trzeba przynajmniej powiedzieć jasno, czego się nie będzie ruszać do końca kadencji.
Trzeci argument jest bardziej ludzki. Healey powiedział dziennikowi The Times, że chce wspierać „upartych przedsiębiorców” (London Loves Business). Bardzo dobrze. Polscy przedsiębiorcy w UK to w dużej części właśnie tacy ludzie. Zaczynali od jednej furgonetki albo jednego krzesła fryzjerskiego. Oni nie potrzebują wielkich programów. Potrzebują jednej strony na GOV.UK, która mówi, co się zmienia i od kiedy, oraz pewności, że za pół roku nie będzie kolejnej rewolucji.
Uczciwie trzeba przyznać, że jest i druga strona. Rząd z dziurą w finansach może uznać, że stabilność to luksus. Ktoś powie, że lepiej szybko podnieść podatki teraz, niż dalej zadłużać kraj, za który zapłacą nasze dzieci. To poważny argument i nie zbywamy go. Ale firmy, które nie wiedzą, co będzie za rok, nie inwestują i nie zatrudniają. A bez tego wpływów do budżetu też nie przybędzie.
Nasz wniosek jest prosty. W środę będziemy patrzeć nie tylko na liczby, ale na to, czy kanclerz da małym firmom plan na kilka lat. Jeśli tak, wielu naszych czytelników wreszcie odważy się zatrudnić. Jeśli nie, zostanie kolejny rok czekania. Po budżecie napiszemy, co dokładnie się zmienia dla Twojej firmy i Twojej pensji.
Redakcja THE BUSINESS TIME
Analizujemy merytoryczne sprostowania i stanowiska. Zmiany istotnych faktów oznaczamy w publikacjach.
Napisz do redakcji →


